Epopeja
stalowych szlaków

Gwizdek przecina spokój poranka i nagle kraj porusza się w rytmie tętentu stalowych kopyt. Z dna parowozowych palenisk, spod podkładów nasiąkłych rosą, z peronowych lamp, które pamiętają więcej niż niejedna kronika, wyłania się opowieść o kraju zszywanym szyną.

Na tej szynie dojrzewają marzenia i ból krzywd, mosty spinają rozpadłe brzegi dziejów. Pociąg między Wrocławiem a Oławą (1842 r.) jest pierwszym szeptem, który w swej potędze urośnie do chóru – aż po czasy, gdy ekspresy będą przecinać kraj tak szybko, że Bałtyk i Tatry zmieszczą się w jednym śnie, a poranek na północy dogoni wieczór południa.

Kolej zna smak triumfu i popiołu. Dźwiga II Rzeczpospolitą ku morzu i ku górom, by we wrześniu 1939 r. runąć wraz z mostami w deszczu nalotów. Potem, w cieniu gruzów, znów nauczy się mówić po polsku. W złotej dekadzie stukot kół będzie rytmem słońca i pracy, a gdy nadejdzie transformacja – rozejdzie się głuchym pogłosem na pustoszejących peronach, by po latach wrócić jako pewny i ustabilizowany puls nowoczesności.

Z unijnych planów, z modernizowanych magistral, z peronów pachnących kawą i świeżym betonem wyrośnie kolej, która znów zachce być pierwszym wyborem. Pendolino dogoni czas, nocne pociągi wrócą na mapę, a linie dużych prędkości rozrysują nową geometrię kraju. Za horyzontem zadudni świat: Japonia od pół wieku trzymana równym rytmem Shinkansenów, Chiny rozciągnięte po stepach i górach dziesiątkami tysięcy kilometrów szybkich torów, budząca się po śnie westernów Ameryka.

To opowieść o stalowych szlakach, które uczą uporu: gdy pęka rozkład, a rzeka połyka przęsło, szyna prostuje się na powrót i niesie dalej – dalej niż wczoraj mieliśmy odwagę marzyć. Wsiadasz?


Zanim buchnęła para.
Zalążki kolei na świecie (-1841)

Epoka kamienia, mokradła Somerset Levels, zachodnia Anglia: neolityczni budowniczowie z jesionowych bali układają groblę Post Track, by suchą stopą przenosić łupy. Nie są to jeszcze szyny, lecz pierwsza świadomie wytyczona trasa, która z czasem zainspiruje ludzi do budowania prawdziwych torów. To wciąż tylko ścieżka przez bagna, ale niewątpliwie staje się zalążkiem inżynieryjnego myślenia o drodze. Z tej pragmatycznej idei, po wiekach udoskonaleń, narodzi się koncepcja stałego torowiska.

Sweet Track — neolityczna dębowa grobla z Somerset Levels, dendrodatowana na 3807–3806 p.n.e.; znaleziona w 1970 r. przez torfiarza Raya Sweeta. Ujęcie z wystawy „World of Stonehenge” w British Museum. Fot. Bob Harvey. Licencja CC BY-SA 2.0
Zdjęcie: Sweet Track — neolityczna dębowa grobla z Somerset Levels, dendrodatowana na 3807–3806 p.n.e.; znaleziona w 1970 r. przez torfiarza Raya Sweeta. Ujęcie z wystawy „World of Stonehenge” w British Museum. Fot. Bob Harvey. Licencja CC BY-SA 2.0

Dwa i pół tysiąca lat później Grecy frezują w wapieniu Diolkos – kamienny „tor” z rowkami, którym na drewnianych wozach przeciągają łodzie przez przesmyk Koryncki, omijając burze wokół Peloponezu. Rzymianie kopiują patent w portach Egiptu, wygładzając płyty tak, by koła sunęły jak po maśle.

Reisszug — torowisko kolejki linowej zamku Hohensalzburg, widok od dolnej stacji (Salzburg, Austria). Fot. Snotty, 17.09.2011. Licencja CC BY-SA 3.0.
Reisszug — torowisko kolejki linowej zamku Hohensalzburg, widok od dolnej stacji (Salzburg, Austria). Fot. Snotty, 17.09.2011. Licencja CC BY-SA 3.0.

Średniowiecze też ma swoje „szyny”: strome zbocze twierdzy Hohensalzburg od 1515 roku przecina Reisszug – drewniany tor kolejki linowo-terenowej napędzanej siłą ludzkich i zwierzęcych mięśni. Gdy górniczy renesans przyspiesza, saski uczony Georgius Agricola opisuje, jak drewniane belki w sztolniach kopalń zmieniają ciężką taczkę w lekki wagonik. Ten pomysł wyciąga na światło dzienne Anglik Huntingdon Beaumont: jego wagonway z 1604 r. pod Nottingham staje się pierwszą naziemną „koleją” do węgla.

Potem przychodzi upragniona rewolucja pary. W 1804 r. Richard Trevithick wysyła stalowego potwora po szynach walijskich dolin, a osiem lat później „The Salamanca” Matthew Murraya pokazuje, że to nie krótkotrwały kaprys, lecz biznes.

27 września 1825 r. George Stephenson wypuszcza po linii Stockton–Darlington parowóz ciągnący wagony z węglem. Ludzi (poza dniem otwarcia) w ruchu regularnym wiozą jeszcze konie. Para na dobre rusza z pasażerami dopiero w 1830 r., gdy pierwszy publiczny ekspres pędzi z Liverpoolu do Manchesteru, a gazety piszą, że miasta zaczęły migotać w oknach „jak gwiazdy nocnego nieba”. Świat smakuje się w parze i odtąd zaczyna oddychać nią nieprzerwanie.

Zdjęcie: Mapa nieznanego kartografa z raportu Stockton & Darlington Railway (1821). Oryginał znajduje się w North of England Institute of Mining and Mechanical Engineers. 

Mapa nieznanego kartografa z raportu Stockton & Darlington Railway (1821). Oryginał znajduje się w North of England Institute of Mining and Mechanical Engineers.
Pieczęć Stockton & Darlington zaprojektowana w 1821 r.
Pieczęć Stockton & Darlington zaprojektowana w 1821 r.

Nie wszyscy przyklaskują: „The Quarterly Review” kpi, że lokomotywa szybciej od dorożki? „Absurd!” – zawodzi. Lecz liczby są bezlitosne. Do 1845 r. Brytyjczycy mają już ponad cztery tysiące kilometrów torów, Niemcy – dwa tysiące, Francuzi – prawie tysiąc, a kolejowa gorączka rozlewa się jak plama atramentu po pergaminie. Ludzie boją się „diabła z komina”, lecz i tak kupują bilet: pęd 40 km/h skraca bowiem dystans niczym „lot ptaka”, a praktyczne żelazo pokonuje zabobon.

Tak marzenie stoczone z mokradeł Somerset i wyciosane na skale Koryntu wybucha parowym hukiem rewolucji, szykując scenę pod wielką epopeję kolei.


Żelazne drogi do wolności.
Narodziny kolei pod zaborami (1842–1918)

Polska znika z map, rozdarta między trzy żarłoczne wilki, dusi się we własnych powstaniach i klęskach. Paragrafy pisane cudzym alfabetem, dekrety czytane z obcych ambon, prawo jak kaganiec. I nagle gwizd! Nastaje rok 1842, 22 maja między Wrocławiem a Oławą szumi pierwszy na ziemiach polskich pociąg! Wkrótce okaże się, że stal może scalać to, co rozerwał papier.

Zdjęcie: Warszawa. „Pociąg na drodze żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej”. 

Już 14 czerwca 1845 r. w Królestwie Polskim (zabór rosyjski) tłum „Warszawian wszelkich stanów” tłoczy się na rogatkach Jerozolimskich. Dziesięć lokomotyw wystrojonych w kwiaty, muzyka, toast pod namiotem – pierwszy skład na Drodze Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej do Grodziska pokonuje trasę „jak lotem ptaka” w 42 minuty! „Dzień pamiętny dla Warszawy” – notuje Kurier Warszawski – „arteria życia”, która ma „powiększyć dobrobyt i zbliżyć odległości”.

Galicja (zabór austriacki) dołącza chwilę później: 13 października 1847 r. Kraków (wówczas wolne miasto) spina się torami z Mysłowicami i pruską siecią górnośląską, robiąc strategiczny skok ku węglu i fabrykom. Do 1848 r. Warszawsko-Wiedeńska dociera do Maczek (Granicy) pod Sosnowcem, gotowa łączyć się z trasą na Wiedeń

Zdjęcie: Linie kolejowe na ziemiach polskich w 1849 roku.

Zaborcy budują „u siebie” i dla siebie: trzy imperia, trzy logiki, zero zaufania. Jeszcze do 1856 r. najkrótsza kolejowa podróż z Warszawy do Poznania wiedzie absurdalnym łukiem: przez Częstochowę, Śląsk, Wrocław i Berlin – bo współpraca oznaczałaby cudzą korzyść.

Druga połowa stulecia nie wyrównuje różnic, lecz jeszcze pogłębia rozjazd. Prusy idą jak taran: gęsta, sprawna sieć oplata Śląsk, Pomorze i Wielkopolskę, magistrale karmią huty, bocznice ładują węgiel, pociągi przerzucają wojsko jak w zegarku. Rosja rozgrywa inaczej: w Królestwie Polskim tory rosną leniwie i niechętnie – dopiero 1862 r. przynosi nitkę warszawsko-petersburską. Dochodzi do tego, że w Łodzi wyrastają dwie główne stacje (Fabryczna i Kaliska) na dwóch różnych liniach – żeby przejechać z jednej na drugą, trzeba kluczyć przez Koluszki i Łódź Chojny. Galicja też raczej truchta niż biegnie: owszem, istnieje Kraków–Lwów i dalej, ale prawdziwym popisem inżynierii i desperacji jest Galicyjska Kolej Transwersalna (1884) przez Karpaty, która miała w razie potrzeby przewozić wojska, a od zaraz tchnąć życie w biedne południe.

Pod koniec XIX w. mapa mówi wprost: gęsty, przemysłowy zachód kontra przerzedzone centrum i wschód. Granice zaborów widać w rozstawie szyn i – do dziś – w gęstości linii. A jednak kolej zapisuje się złotymi zgłoskami w procesie poprawy jakości codzienności Polaków. Na początku XX w. pociągi wożą chłopów na jarmarki, robotników do fabryk, urzędników do biur, mieszczan nad morze. Dworce wyrastają jak świątynie, a do wagonów wsiadają bohaterowie powieści. W 1910 r. mamy już ponad 22 tys. km torów. W 1914 r. w okolicach Wałbrzycha pojawia się jedna z pierwszych dużych elektryfikacji – prawie 35 km „pod drutem” – modernizacja puka do drzwi.

Zdjęcie: Rozwój sieci kolejowej w Królestwie Polskim w latach 1842–1918.

I wnet nowe warunki zaczyna dyktować Wielka Wojna. Kolej staje się tętnicą frontu: wojska, działa, ranni – wszystko jedzie szynami. Niemcy, z gęstą siecią przy granicy, dobudowują polowe odcinki w tempie karabinu maszynowego. Rosjanie zostawiają „pasy bez torów”, by utrudnić atak – Niemcy tylko na to czekają, kładą brakujące tory i jadą dalej. Powstają doraźne linie Rozwadów–Lublin, Ostrowiec–Sandomierz, wąskotorówki 600 mm wciskają się tam, gdzie nic jak dotąd nie dojeżdżało. Mosty wysadzane, dworce spalane, parowozy wywożone jak łupy.

Kiedy w listopadzie 1918 r. po 123 latach niewoli Polska wraca na mapę, dostaje w spadku mozaikę trzech systemów – ale już z mniejszym problemem różnej szerokości torów: okupacyjne władze niemieckie (1915–1918) bowiem przekuwają część rosyjskich torów na europejskie 1435 mm. Pod koniec wojny polscy kolejarze strajkują i sabotują Niemców; w Powstaniu Wielkopolskim przejęcie węzłów kolejowych daje powstańcom przewagę – tory po raz wtóry stają się bronią. W 1918 r. kiedy gwizdy frontu milkną, imperia cofają łapy, a po torach jeszcze snuje się echo cudzych rozkazów, zostajemy z pajęczyną połamanych szyn i ambicji. Lecz wkrótce – wraz ze świtem wolności – na żelazną scenę ma wkroczyć nowy reżyser: PKP – który zszyje w jedną arterię trzy obce systemy i nauczy pociągi mówić jednym rozkładem.


Od Wieży Babel do wspólnego języka.
Powstanie PKP i kolej w II RP (1918-1939)

Warszawa, deszczowy świt 11 listopada 1918 r. Na Dworzec Główny wtacza się pociąg-chimera: „pruska lokomotywa, rosyjski tender, austriackie wagony”. Każdy z innym sprzęgiem, inną tabliczką, innym językiem instrukcji. Tak wygląda spadek po zaborach: 15 947 km linii, w tym 7 362 km rosyjskich, 4 357 km austriackich, 4 228 km pruskich, i ponad cztery tysiące parowozów – Polska wygląda jak plac budowy po upadku wieży Babel.

Jeszcze jesienią 1918 r. Rada Regencyjna tworzy w stolicy Sekcję Kolejową przy Ministerstwie Komunikacji – 8 lutego 1919 r. staje się ona pełnoprawnym Ministerstwem Kolei Żelaznych. Priorytet: uruchomić transport na wschodni front wojny o granice. Załogi wagonów wjeżdżają pod ostrzał do Lwowa, dostarczając amunicję i chleb – to dzięki nim miasto wytrwa w listopadowej obronie i zostanie przy Polsce.

Zdjęcie: Naczelnik Państwa Józef Piłsudski w oknie pociągu, 1922 r.

 

Główną raną pozostaje brak toru między Warszawą a Poznaniem. W 1922 r. rusza odcinek Kutno – Konin – Strzałkowo (111 km). Podróż skraca się o godzinę, a dawny rosyjski i pruski system mówią jednym rozkładem.

24 września 1926 r. prezydent Mościcki podpisuje rozporządzenie powołujące Polskie Koleje Państwowe – przedsiębiorstwo z własnym majątkiem i misją zszycia kraju. Nagłówki gazet wiwatują: „jeden bilet, jedna sieć, jedna prędkość”!

Niebawem ruszy Magistrala Węglowa – 485 km toru od śląskich szybów kopalnianych do portu w Gdyni. Po gospodarczym wstrząsie drugiej połowy lat 20. budowa magistrali niemal stanęła, ale ratunek przyszedł znad Sekwany: Francusko-Polskie Towarzystwo Kolejowe wpuszcza w projekt świeży strumień franków, który na nowo rozhuśta łopaty, puści w ruch wywrotki pełne tłucznia i rozbrzmi rytmem młotów nitowniczych. 1 marca 1933 r. pierwszy skład z węglem hamuje na nadbrzeżu Bałtyku – Polska właśnie uniezależniła eksport od Wolnego Miasta Gdańska. 

W 1933 r. Warszawa dostaje tunel średnicowy, ale parowe lokomotywy krztuszą się dymem. Dlatego w 1934 r. inżynierowie budują trakcję 3 kV DC: 15 grudnia 1936 r. elektryczny pociąg Pruszków–Warszawa–Otwock wyrusza w pierwszą jazdę, a do września 1939 prąd płynie już po ok. 149 km linii podmiejskich. 

W połowie lat trzydziestych polska kolej jedzie w blasku fleszy – po torach przemyka aerodynamika: opływowa Pm36 z Chrzanowa, przez francuską i branżową prasę ochrzczona „Piękną Polką”, zdobywa złoto za design na paryskiej wystawie techniki w 1937 r., udowadniając, że polski zmysł estetyczny i myśl inżynierska pędzą ramię w ramię z zachodnią.

Zdjęcie: Pierwszy polski parowóz z otuliną aerodynamiczną serii Pm36, wykonany przez Pierwszą Fabrykę Lokomotyw w Chrzanowie, wystawiany na Międzynarodowej Wystawie Sztuki i Techniki w Paryżu w 1937 r.

Rok wcześniej w stronę tatrzańskich grani i świerkowych dolin gna Luxtorpeda: podczas przejazdu specjalnego z Krakowa do Zakopanego dociera w 2 godziny 18 minut – rekord, którego przez ponad 80 lat nie zdołają pobić żadne składy.

Zdjęcie: „Torpeda podhalańska” (Luxtorpeda) na dworcu kolejowym w Zakopanem, 1936 r.

W 1936 r. polska kolej to olbrzym na żelaznych nogach: 20,1 tys. km czynnych torów, 138,7 mln pasażerów rocznie i 50,7 mln ton ładunków. Wagony suną od Bałtyku po Karpaty, a statystyki stawiają II Rzeczpospolitą w pierwszym szeregu kolejowych potęg środkowej Europy.

Dworce pachną kawą z bufetu i świeżym lakierem wagonów, a w 1938 roku Julian Tuwim wsłuchuje się w rytm tłoków w peronowym gwarze i przekłada go na wersy „Lokomotywy”, która „turkoce” w głowach kolejnych pokoleń dzieci.

Zdjęcie: Mapa kolei państwowych i prywatnych oraz linii samochodowych P.K.P. w 1939 r.

Nikt nie spodziewa się, że zaledwie rok później parowy dym zmiesza się z kłębami wojennego kurzu. We wrześniu 1939 r. ta misternie zszywana przez dwie dekady sieć stanie się arterią mobilizacji i celem nalotów jednocześnie. Tory, które miały wozić wakacyjne pociągi i przynosić zysk z handlu, znów zmienią się w linię frontu – lecz stal będzie żyła nadzieją, że nawet po najciemniejszej nocy zawsze wraca wesoły gwizdek pociągu i dziecięcy śmiech na peronie.


Pociąg wjeżdża w ciemność.
II wojna światowa (1939-1945)

Ostatnie godziny sierpnia. Węzeł w Skierniewicach pulsuje jak serce na kofeinie: wagon za wagonem wpina się do składów oznaczonych kryptonimem eszelon-1. Plan mobilizacyjny mówi o trzech tysiącach takich pociągów – mają w tydzień przerzucić trzydzieści dwie dywizje Wojska Polskiego.

Zdjęcie: „Bomben aus einem deutschen Flugzeug gehen auf eine Bahnlinie im Osten herunter” (z niem. „Bomby z niemieckiego samolotu spadają na linię kolejową na Wschodzie”) – podpis z rewersu fotografii prasowej z 1939 r.

Świt 1 września przecina ryk syren. Nad torami w Kutnie pojawiają się nurkujące Ju-87, pociski szarpią telegraficzne słupy, a druty brzęczą jak żywcem rwane struny. Bomby spadają na pociąg pełen rodzin uciekających na wschód – czarne grzyby pyłu wspinają się nad peronami. Następnego dnia podobny dramat rozegra się w Kole: eksplozja podrzuci wagony jak pudełka zapałek, we wspomnieniu sierpniowego słońca legnie ponad setka ciał.

Na szlakach trwa ucieczka i szturm jednocześnie. Parowozy, które powinny pachnieć dumą, śmierdzą strachem. Wycofujące się oddziały detonują mosty: o 5:30 1 września most kolejowy w Tczewie eksploduje, by zatrzymać niemiecki marsz. Wkrótce zapłonie też stal nad Pilicą (noc z 6 na 7 września pod Tomaszowem Mazowieckim).

Zdjęcie: Ewakuowani Polacy w Schwarzenau (Austria), w pobliżu dworca kolejowego, 1939 r. Bundesarchiv, R 49 Bild-0138 / Holtfreter, Wilhelm / CC-BY-SA 3.0.

Na wcielonym do Rzeszy zachodzie każdy wagon dostaje czarną tabliczkę z orłem i swastyką – Deutsche Reichsbahn. W Generalnym Gubernatorstwie rodzi się Ostbahn; już w listopadzie 1939 r. Niemcy przejmują 3 818 km torów, a w ciągu dwóch lat powiększą ten obszar niemal dwukrotnie. Krakowskie biuro Ostbahnu kieruje stalowym potokiem na Wschód: żołnierze, paliwo, amunicja – i puste wagony wracające po kolejne ładunki.

Zdjęcie: Tabliczki kierunkowe na pociągach pospiesznych z Krakowa i Warszawy. Fotomontaż, 1940 r.

Na Kresach radzieckie brygady torowe w głuchym trzasku łomów poszerzają prawie 5 000 km torów na imperatorską szerokość 1 524 mm. Kiedy 22 czerwca 1941 r. Wehrmacht wbija się w głąb ZSRR, te same szyny zwęża na powrót do „niemieckich” 1 435 mm. Rozstaw toru staje się miarą władzy – żelazną linijką, którą armie wymierzają granice.

Rampa w Treblince, bocznica Auschwitz-Birkenau, peron Sobiboru – to stacje bez powrotu. Kolej – niegdyś bohaterka postępu – staje się narzędziem zbrodni. Bydlęce wagony wiozą miliony Żydów do obozów zagłady. Równolegle radzieckie transporty deportują setki tysięcy Polaków na Syberię i do Azji Środkowej. Po wojnie ocalałe wagony staną w muzeach jak żałobne sarkofagi, a słowo transport będzie przeszywać jak wyrok.

A jednak – po zmroku szyny potrafią ponieść szept buntu. Polscy partyzanci odkręcają śruby, podrzucają fałszywe rozkłady, przecinają linki sterujące semaforami. W powstańczej Warszawie 1944 r. oddział AK złożony z pracowników PKP broni torów przy dworcu Gdańskim – wiedzą, że kto trzyma dworzec, ten reguluje dopływ tlenu do miasta.

Zdjęcie: Pociąg wykolejony przez polskie podziemie. Na tle składu – niemieccy żołnierze, 1944 r.

Za linią frontu natychmiast pojawiają się brygady kolejarzy w wypłowiałych kurtkach roboczych, z przyszytą na rękawie biało-czerwoną tarczą z orłem. Stawiają prowizoryczne wiadukty z bali, łatają rozjazdy zdobytymi podkładami, wypuszczają pierwszy pociąg z zaopatrzeniem do walczącej Warszawy.

Wiosną 1945 r. bilans jest druzgocący: dwie trzecie mostów leży w rzekach, ponad 20 000 km torów wymaga natychmiastowych napraw, z czterech tysięcy przedwojennych parowozów tylko około 1 600 nadaje się do ruchu (resztę wywieziono lub uszkodzono). Jakby tego było mało, Armia Czerwona konfiskuje co lepsze elementy infrastruktury, np. sudecką sieć kolei elektrycznych, maszyny do produkcji i napraw taboru, albo co tylko uznaje za przydatne w ZSRR, na przykład jeden z dwóch torów linii Gdynia – Szczecin. W skrajnym przypadku miasteczko Polanów na Pomorzu Zachodnim traci wszystkie z 5 linii kolejowych.  

Polskie marzenia o kolejowej potędze zostały zduszone – ale nie zgasły: w gwizdku prowizorycznego parowozu, który wiosną 1945 r. wyrusza do stolicy, słychać obietnicę kolejnego początku i widać tlące się w oddali owe marzenia – odłożone na odległą, powojenną stację.


Feniks ze stali.
Odbudowa PRL (1945-1970)

Ostatni pocisk II wojny gaśnie nad Wisłą, gdy polskie tory leżą w gruzach: zgliszcza dworców, szyny powyginane jak gałęzie starej wierzby, wypalone wagony rozrzucone na poboczach. Jednak zanim jeszcze front ostatecznie ucichnie, na wyzwolonej Lubelszczyźnie w lipcu 1944 r. grupa kolejarzy powoła Resort Komunikacji PKWN – pierwsze po wojnie władze kolejowe. Wraz z nimi powoli wróci polski język semaforów, rozkładów i mundurów ze stalowym orłem.

W miarę jak armie przesuwają się na zachód, reaktywują się kolejne Dyrekcje Okręgowe: najpierw w Lublinie, potem w Krakowie, a jesienią 1944 r. na warszawskiej Pradze – tej części stolicy, która pierwsza wstaje z kolan. 1 marca 1945 r. Ministerstwo Komunikacji wraca do zburzonej Warszawy – kolejarze pokazują światu, że serce PKP wciąż bije. Organizuje się m.in. przeprowadzkę kolejarzy DOKP Wilno do nowej DOKP Olsztyn i podobnie, partiami – ze Lwowa do Wrocławia.

Odbudowa zaczyna się natychmiast. Ekipa warszawskiej dyrekcji PKP zaledwie tydzień po wyzwoleniu miasta, staje pod słupami trakcji elektrycznej na linii otwockiej. Jeszcze kilkanaście miesięcy i 14 lipca 1946 r. z Otwocka wyruszy pierwszy po wojnie pociąg elektryczny – symbol tego, że iskra przetrwała erę ciemności. Zaledwie w pięć lat po wojnie odbudowana będzie cała przedwojenna warszawska sieć podmiejska.

Ale kolej to nie tylko Warszawa. Ziemie Odzyskane na zachodzie i północy Polski witają nowych gospodarzy opuszczonymi dworcami z pruskimi napisami. Nie wszystko da się uratować – Armia Czerwona zabiera około dwóch tysięcy kilometrów toru, wysyłając je jako trofea na wschód. Tymczasem na Kresach Polacy bezpowrotnie tracą całą sieć kolejową: tysiące wagonów i setki parowozów odjeżdżają w nieznane. Podobnie „giną” w Austrii polskie Lux-torpedy i najlepsze parowozy z Fabloku – Pt31… Polska kolej kurczy się na wschodzie, lecz rozwija skrzydła na nowych szlakach zachodu – od Bałtyku po Odrę.

Wielkie przesiedlenia lat 1945–1947 – tłumy ludzi na peronach, setki tysięcy Polaków przemieszczanych z Kresów na Dolny Śląsk i Pomorze, ze wspomnieniem dawnego życia upchniętym w jednym bagażu – możliwe są tylko dzięki kolei. Równocześnie w przeciwnym kierunku jadą transporty wysiedlanych Niemców. Wagony znów stają się symbolem pokonania wroga, nadziei i nowego życia – choć to życie rodzi się w bólu ciasnych przedziałów i wielodniowych podróży przez zdeptany kraj.

Pod koniec lat 40. parowozy dźwigają już nie tylko uchodźców, lecz także stal, cement i węgiel dla wielkich budowniczych marzeń planu 6-letniego. W 1950 r. kolej osiąga niemal przedwojenne rozmiary – ponad 26 tysięcy kilometrów torów. Ale pod prądem pozostaje tylko 156 kilometrów. Para rządzi niepodzielnie – ostatni nowy parowóz TKt48 z chrzanowskiego Fabloku wyjeżdża z hali dopiero w 1957 r.

Zdjęcie: Sieć kolei polskiej zimą 1952/1953 r.

Lecz w latach 50. rozpoczyna się też cicha rewolucja napędów. Pierwsze spalinowe lokomotywy – SM03 i SM30 – wjeżdżają na bocznice w cieniu potężnych parowozów, a elektryfikacja wreszcie rusza pełną parą. Po Warszawie przychodzi czas na Śląsk i strategiczną Magistralę Węglową. Od listopada 1965 r. pod drutem jest już trasa z Tarnowskich Gór do Zduńskiej Woli Karsznic, a cztery lata później elektryczne pociągi docierają do Gdyni.

Socjalistyczna kolej staje się propagandową ikoną sukcesu. Przodownicy pracy biją rekordy: w słynnej „Akcji 1000 kilometrów” kolejarze w ciągu roku wymieniają tysiąc kilometrów toru! W połowie lat 60., gdy kolej świętuje kolejne jubileusze linii i węzłów, dumne twarze kolejarzy patrzą z okolicznościowych plakatów na dworcowych wystawach.

W tym samym roku – 1 października – Japonia odpali pierwszą kolej wysokich prędkości, Shinkansen z Tokio do Osaki. Polska patrzy na ten cud techniki z zachwytem, ale i nutą goryczy – że to nie nasze perony przecinają błyskawice prędkości. Jednak każdy kolejarz wie, że wielkie marzenia zaczynają się od jednej iskry – takiej jak ta, która zabłysła kiedyś nad linią otwocką, gdy w gruzach Warszawy pierwsze peronowe latarnie rozświetliły noc obietnicą nowego początku.

Kolej lat odbudowy znów staje się dla Polaków codziennością – wagony osobowe do pracy, wakacyjne pociągi nad Bałtyk. W 1951 r. rusza SKM w Trójmieście: szynowy krwiobieg wielkiej aglomeracji. Pod koniec lat 50. kolej przyspiesza – PKP uruchamia regularne, szybkie połączenia między dużymi miastami, dając ludziom rytm, na który czekali przez dekady. I choć parowe gwizdki powoli milkną, na scenę znów wkracza postęp – bo polska kolej to podróż bez stacji końcowej.


Miliard serc pod jednym gwizdkiem.
Złota era PRL (1970-1989)

Lipiec 1977 r. – dworzec Warszawa Gdańska drży jak bęben, gdy megafon wypluwa kolejne numery wagonów. Nad peronami unosi się aromat kanapkowej mortadeli i rozgrzanego smaru. W jeden wakacyjny weekend PKP wysyła nad morze nawet pięciokrotnie więcej składów niż zwykle. Na każdej ławce, w każdym przedsionku wagonów przysiada ktoś z kołdrą i papierosem. Statystyki pokażą później 1,14 miliarda pasażerów w całym 1977 r. – absolutny rekord, którego nikt nie pobije. Kolej tłucze się wtedy przez kraj jak rwąca rzeka w za wąskim korycie: robotnik jedzie do Huty, student na Juwenalia, rodzina na urlop w Ustce.

Zdjęcie: Przemyśl. Młodzież – podróżni koczujący w wakacyjne dni na Dworcu Głównym PKP, fot. A. Baranowski, 1989 r.

Na bocznym torze dogorywają ostatnie parowozy, ale na głównych szlakach rządzi już jazgot silników elektrycznych i spalinowych: zielono-seledynowe EU07 i potężne ET22 „byki” ciągną ekspresy o słonecznych nazwach zapowiadających przygodę: „Hel”, „Karpaty”, „Błękitna Fala”. W podmiejskim ruchu niepodzielnie króluje żółto-niebieski EN57, jeżdżący od 1962 r. jak nieśmiertelna taksówka zbiorowa. Pociąg jest tani, dostępny, głośny; chłopcy w krótkich spodenkach liczą słupy trakcyjne, a w przejściach gra się w tysiąca, siedząc na walizkach. Nikt nie wyobraża sobie Polski bez stukotu kół.

W tym samym czasie biura projektowe rysują na mapie kolejne marzenie: Centralną Magistralę Kolejową. Decyzja o budowie zapada w 1971 r.; pierwszy pociąg rusza 26 września 1974 r., sunąc nowym torem Zawiercie–Idzikowice. Gdy 23 grudnia 1977 r. cały odcinek Zawiercie–Grodzisk Mazowiecki zostaje włączony do sieci i zelektryfikowany, mapa zyskuje 224 km niemal idealnej prostej, zaprojektowanej na prędkość nawet 250 km/h. Rządowe kroniki pokazują kadry z przejazdu inauguracyjnego: sekretarze partii ściskają dłonie maszynistom, kamery rejestrują 160 km/h – prędkość, która wtedy pachnie Zachodem.

Polska rzuca się w pogoń: CMK w 1988 r. daje rozkładowe 160 km/h, a w testach Pendolino drugiej generacji uzyska w maju 1994 obiecane 250 km/h. Obecna, trzecia generacja, dobrnie bez żadnych ulepszeń toru jak i pojazdu, do 293 km/h w 2013 r., udowadniając, że tory wytyczone za Gierka projektowano z myślą o prędkościach, które staną się realne dopiero w kolejnym millennium.

Pod koniec lat 80. parowóz jeszcze gdzieniegdzie sapie na bocznych liniach. Pod drutem jedzie już prawie 7 tys. km tras – niemal 28% sieci. Jednak powoli zdaje się czuć zapach wygaszania: wagony płowieją, połączenia są likwidowane, a opóźnienia wpisują się w folklor. Krąży wtedy dowcip (przypisywany G.K. Chestertonowi, idealnie wpisuje się w realia PKP): „Jedyny sposób, żeby zdążyć na pociąg, to spóźnić się na poprzedni”. Mimo to w 1985 r. kolej wciąż dźwiga blisko miliard pasażerów, a na torach (i dla torów) pracuje ponad 380 tys. ludzi. Polska idzie ku transformacji – i nikt nie wie, ile szlaków przetrwa. Jednak echo tej złotej dekady wciąż odbija się w stalowych wiaduktach CMK, brzmi w łoskocie kół i przypomina, że nawet zmęczona kolej może jechać z impetem przyszłości.


Szklane domy – rzeczywistością.
Dziś (1989-2025)

1989. Wolne wybory, Polska staje na progu transformacji. Lata 90. witają ją wypłowiałymi szyldami dworców, łuszczącą się farbą wagonów i zachrypniętymi głosami megafonów. Kolej startuje w nową Polskę z siecią gęstą jak misternie tkana przez dekady pajęczyna (około 23 tys. kilometrów torów), lecz z taboru i szyn wieje latami 70. i 80. Nowy asfalt i autokary gwałtownie zaczynają odbierać jej pasażerów: z 613 milionów w 1989 r. do 361 mln w 2000 r., by w 2005 r. spaść do niecałych 258 mln. Perony pustoszeją, boczne linie zamykają się jak zapomniane książki, a awarie stają się refrenem codzienności. Kolej – dotąd bohaterka wielu sezonów – wygląda, jakby zmęczona schodziła z afisza.

Wtedy przychodzi skalpel: reforma rozcina monolit na organy. Ustawa z 8 września 2000 r. przestawia zwrotnice: od 1 stycznia 2001 r. rodzi się PKP S.A., a obok niej wyspecjalizowane spółki – PKP PLK od torów, PKP Intercity od dalekobieżnych, PKP Przewozy Regionalne od codziennych dojazdów, PKP Cargo od towarów. To boli: restrukturyzacja, długi do spłaty, protesty; ale bez tej operacji pacjent mógłby nigdy już się nie podnieść.

1 maja 2004 r. Polska wstępuje do Unii Europejskiej – a wraz z członkostwem do kraju nad Wisłą wpływa pierwszy prawdziwy tlen: fundusze na tory, mosty, perony. Buldożery zdejmują zużyte szyny, elektrycy wieszają świeże przewody, a ręczne nastawnie ustępują miejsca ekranom komputerów w nowoczesnych centrach sterowania. Korytarze E30 (Berlin–Warszawa–Mińsk) i E65 (Gdynia–Warszawa) odzyskują tempo, a Rail Baltica (E75) wpięta w TEN-T łączy Warszawę przez Białystok–Ełk–Suwałki z Kownem, dalej z Rygą i Tallinem oraz promowo z Helsinkami. Na trasie Warszawa–Gdańsk czas kurczy się do 2 godz. 46 min (najlepsze kursy do 2 godz. 25 min), a pociąg przestaje być ostatnią deską – znów staje się pierwszym i świadomym wyborem.

Równolegle zmienia się pejzaż przewoźników. Samorządy wystawiają na tory własne barwy: Koleje Mazowieckie od 2005 r., później Koleje Dolnośląskie (2007) i Koleje Śląskie (2017). Na peronach pojawiają się nowoczesne elfy, impulsy i darty: żółto-niebieski EN57 – weteran – musi ustąpić klimatyzacji, wi-fi i gniazdkom. W towarach rozkrusza się monopol: obok PKP Cargo (ok. 29,4% rynku w 2024 r.) rosną prywatni giganci. Konkurencja wymusza punktualność i standard, a bilety zaczynają zamieszkiwać w smartfonach (Bilkom).

14 grudnia 2014 r. na tory wyjeżdża symbol nowej epoki: pierwsze Pendolino ED250 (EIP). 200 km/h staje się codziennością, Warszawa–Kraków w ok. 2 godz. 28 min przestaje być snem z broszury. Modernizują się dworce: w 2014 r. oddano nowy, podziemny budynek Krakowa Głównego, Warszawa Centralna po liftingu błyszczy na Euro 2012. Wracają nocne pociągi z wagonami sypialnymi i kuszetkami do Pragi, Wiednia i Budapesztu – wygodny nocleg na szynach staje się realną alternatywą dla krótkich lotów po Europie.

Statystyka – kiedyś bezlitosna – zaczyna opowiadać nową historię. Z dołka 257,6 mln pasażerów w 2005 r. pniemy się do 335,9 mln w 2019 r., po pandemicznym potknięciu wracamy do 342,2 mln w 2022 r., by w 2024 r. pobić rekord XXI wieku: 407,5 mln. Pociągi jadą dalej i częściej – średnio 69,9 km na podróż – a 91,64% składów osobowych dojeżdża na czas.

Francuski TGV działa od 1981 r., niemiecki ICE od 1991 r., Hiszpania ma prawie cztery tysiące kilometrów torów do 350 km/h, Włochy – ponad 1 400 km. Nasze ED250 jadą w handlu 200 km/h (homologowane do 250), a plan CPK rysuje pierwsze prawdziwe linie dużych prędkości z tunelem KDP pod Łodzią (4,6 km) i siecią szprych, które mają połączyć metropolie w czasie mierzonym już bardziej kawą niż obiadem. W tym samym czasie Japonia – od 1964 r. – i Chiny – dziś z siecią ponad 40 tys. km – trzymają poprzeczkę wysoko, a Ameryka budzi się w korytarzu Boston–Waszyngton.

A Polska? U nas stary żart – „jedyny sposób, żeby zdążyć na pociąg, to spóźnić się na poprzedni” – zaczyna brzmieć coraz słabiej. Bo choć wagony z lat 70. jeszcze czasem mrugną z bocznicy, to kraj jedzie do przodu: modernizowane tory, czyste pociągi, aplikacje biletowe, nowa kultura podróży. Zmieniło się też myślenie – młodzi wybierają kolej nie z braku, lecz z przekonania: mniej CO₂, więcej czasu na książkę, pracę, sen.

Transformacja zaczęła się od gorzkiej diagnozy i pustych peronów. Dziś w tętnicach wielu stacji płynie nowoczesność. I choć nie ma tu fajerwerków jak z reklamy, jest coś lepszego: rytm, który codziennie dowozi obietnicę, że jutro znów pojedziemy szybciej, wygodniej, dalej.


Pociąg dogania czas.
Jutro (2025-)

Wieczór w gabinecie planisty pachnie papierem i świeżym drukiem. Na biurku leżą dokumenty, które mają wagę rozkładu jazdy dla całego kontynentu: „Strategia zrównoważonej i inteligentnej mobilności” Komisji Europejskiej z grudnia 2020 r. obiecuje, że do 2030 r. ruch kolei dużych prędkości podwoi się, a do 2050 r. – potroi; towar na torach ma wzrosnąć o 50% do 2030 r., a do połowy stulecia – o 100%.

W polskim kalendarzu widnieje 26 sierpnia 2022 r.: Rada Ministrów przyjmuje „Kierunki rozwoju transportu intermodalnego do 2030 r. z perspektywą do 2040 r.” – hasło „TIR-y na tory” przestaje być deklaracją i staje się zadaniem domowym, z systemem monitorowania i listą inwestycji. Chwilę później PKP PLK publikują „Zamierzenia inwestycyjne na lata 2021–2030 z perspektywą do 2040”: w tabelkach zapisano wzmocnione podtorza, wyższe prędkości na magistralach, nowe centra logistyczne i terminale. Z tych kartek wyłania się jasny krajobraz następnej dekady: ciężkie składy kontenerowe przenoszą się z dróg na tory, a pasażerskie ekspresy gęstnieją w rozkładach z regularnością zegara.

Program CPK – największe przedsięwzięcie infrastrukturalne w naszej historii – rysuje na mapie Linię „Y”: Warszawa–CPK–Łódź, a dalej do 2035 r. Wrocław i Poznań. Parametr 350 km/h nie jest tu fantasmagorią, tylko założeniem projektowym; przejazd Warszawa–Wrocław ma zejść do ok. dwóch godzin. Sieć uzupełniają „szprychy”: do Lublina, Rzeszowa, Kielc – nitki, które mają spinać peryferie z centrum i podeprzeć transport towarowy nowymi terminalami. Po przetargach projektowych z 2023 r. pierwszy odcinek KDP Warszawa–Łódź ma wejść w budowę w 2026 r., tak by zgrać się w czasie z uruchomieniem lotniskowego węzła pod Baranowem planowanym na koniec 2032 r.

Równolegle zmienia się krwiobieg technologii. W Dolnej Saksonii od lata 2022 r. kursują Alstomy Coradia iLint – pociągi wodorowe tankowane w Bremervörde, które zostawiają po sobie parę wodną, a nie sadzę. Na liniach bez drutu testy robią składy bateryjne: Siemens Cityjet Eco w Austrii (2019–2020), od 2024 r. brytyjska TransPennine Express sprawdza bateryjne Class 802, które potrafią pociągnąć kilkadziesiąt kilometrów bez prądu. W tle pracują algorytmy: europejski system sterowania ERTMS/ETCS ma do 2050 r. objąć w Polsce około 9,8 tys. km linii TEN-T na poziomie Level 2 – mniej czerwonych świateł, więcej przepustowości i bezpieczeństwa. Autonomizacja nie jest już baśnią laboratoriów: Francuzi w 2019 r. prowadzili zdalnie składy towarowe, Tokio od lat 90. ma automatyczną Yurikamome, Dubaj od 2009 r. – metro bez maszynistów. Przyszły kolejarz będzie raczej pilotem nadzorującym, niż sternikiem z ręką na nastawniku.

Na horyzoncie wyraźnie widać już też przyszłość w futurystycznych barwach. SCMaglev w Japonii osiągnął na próbach 603 km/h (kwiecień 2015). Trwają prace nad torami, w których opór powietrza cichnie do szeptu – prędkości rzędu tysiąca kilometrów na godzinę przestają być tylko nadzieją. Czy to zastąpi samoloty na krajowych trasach? Tego nie wiemy. Ale kolej od zawsze była laboratorium marzeń – i jeśli da się oszukać czas, spróbuje.

Finał? Dzisiaj dokumenty unijne wyznaczają cele na 2030 i 2050 r., krajowe uchwały dopisują rozdziały o intermodalu, a program CPK stawia akordy wielkiej przebudowy. Jutro z dworców będą ruszały dłuższe, cichsze, czystsze pociągi, ciężkie ładunki przesiądą się z asfaltu na stal, a mapy zatętnią nowymi arteriami szybkich połączeń. Od pary ku prądowi, od diesla ku wodorowi, od szyn ku lewitacji – zmienia się wszystko poza sensem drogi: łączyć ludzi i skracać odległości. Kolej jedzie dalej. I – co najważniejsze – we właściwą stronę.